Wakacje oficjalnie rozpoczęte, sezon letni rozpoczął się na dobre, a nasz dział felietonistyczny tradycyjnie już idzie osobnym torem tematycznym i zamiast rozpisywać się o hulankach i swawolach na najbliższe dwa miesiące dajemy naszym Czytelnikom chwilę refleksji… Odważnych zapraszamy do lektury.
„Ja do spowiedzi nie chodzę, bo ksiądz grzeszy więcej jak ja!”
Jakże zgubne jest nasze podejście do kościoła katolickiego właśnie w takich kategoriach. Niesamowicie razi mnie takie modyfikowanie profilu działania i wytycznych, jakimi kieruje się Watykan w poszczególnych krajach – między innymi w Polsce. Przytłaczająca większość z nas podchodzi do tego tematu jak sześciolatek do stołu, gdzie wybiera z talerza warzywa, tupie nóżką i mówi, że tego jeść nie będzie a całą resztę tak. Nie może pomieścić mi się w głowie, dlaczego jest tak, że spośród zwyczajów, tradycji, nakazów i obrzędów wybieramy tylko te, które łatwo jest wypełniać, albo (co gorsza) zgadzają się z naszymi wewnętrznymi ideami. Sprawa wbrew pozorom jest bardzo prosta – albo akceptujemy w PEŁNI religię, której jesteśmy wyznawcami, albo nie. Jak można tak „jedną nogą” być katolikiem na pełnych obrotach, a drugą siedzieć zanurzonym po uszy w codzienności z wyłączeniem Boga, czy też dopuszczeniem go do swojego życia po uprzednich modyfikacjach? To naprawdę niepokojące zjawisko, które zdaje się mieć właśnie swój renesans. Najbardziej widoczny ten trend jest chyba w sakramencie pokuty, kiedy Polak ma klęknąć przy konfesjonale i wyszeptać księdzu wszystkie złe uczynki, których dopuścił się od czasu ostatniej spowiedzi – tutaj zaczynają się schody… Najczęstszym argumentem, który pada w tym miejscu, a który ma na celu wyjaśnić zaniechanie tej czynności są słowa: „Ja do spowiedzi nie chodzę, bo ksiądz grzeszy więcej jak ja!” Gdzieś w zapomnienie idzie fakt, że tak naprawdę osoba przy której klęczymy jest tylko pośrednikiem, a w konfesjonale spotykamy się przecież nie z księdzem, a z kimś ważniejszym… „A ja ci też powiadam, żeś ty jest Piotr i na tej opoce zbuduję kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go i dam ci klucze Królestwa Niebieskiego, i cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane i w niebiesiech, i cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech” Mt 16,18-19
Ksiądz z ambony agituje i krzyczy
Negatywnych epitetów pod kierunkiem tego czy innego proboszcza nie brakuje – a to samochód ma za drogi, a to o cmentarz nie dba, a to w kościele zimno i tak bez końca; część z nas, która ma za sobą tych kilka podstawowych sakramentów (chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie) jak ognia unika niedzielnych mszy świętych, posiłkując się negatywnym stosunkiem do swojego proboszcza czy wikariusza. I tutaj mamy analogiczną sytuację – to bardzo złe podejście, kiedy wkracza się w progi świątyni tylko dla samego tylko księdza. Albo tylko dla sąsiadów. Niby wyrywkowo każdy wpojone ma do głowy, że podczas mszy świętej spotykamy się z samym Bogiem – to fakt, niemniej jednak wiedza teoretyczna ginie w szarości dnia codziennego. Jak się już wpadnie do kościoła w przerwie między śniadaniem a obiadem, myśląc o poniedziałku i rzeczach, których zapomniało się w mijającym tygodniu zrobić to spotkanie z Bogiem wydaje się tylko górnolotnym stwierdzeniem, bez żadnego życiowego przełożenia. A szkoda.
Kościół to pralnia pieniędzy
Bardzo medialnymi tematami są publikacje książkowe i materiały telewizyjne, gdzie wypowiadają się najróżniejsi ludzie, mający bliższe lub dalsze powiązania z kościołem w Polsce: począwszy od rozczarowanych perspektywą prac w stanie kapłańskim kleryków, przez księży rzucających sutannę a na wrogach kościoła poprzestając – wszyscy trąbią jednym, fałszywym głosem, że Watykan jest taki i taki, a parafianie są ślepi, generalnie zacofani i przynoszą wstyd we współczesnej Europie. Nic bardziej mylnego – autentyczna religijność człowieka, przedłożona w postaci wiary katolickiej nijak się ma do czarnych kart z historii kościoła i jego aktualnych niedociągnięć czy błędów. Warto zauważyć, że wszyscy jesteśmy ludzi i jeden kapłan, który niewłaściwie wypełnia swoją misję nie może budować obrazu całości. Dlatego warto kierować się poczuciem własnej przynależności do kościoła i w oparciu o te zasady budować jego zdrowy wizerunek. I na zakończenie – kościół to nie budynek – to ludzie.
Filip Muszyński








