O tym, że poznańska gwara i generalnie słowne, wielkopolskie perełki są najsympatyczniejszymi w naszym kraju nikogo przekonywać nie trzeba. My nie mamy ziemniaków, twarożków, mięsa czy nóg – mamy pyry, gzik, chabas i giry. W niniejszej publikacji zebraliśmy najwdzięczniejsze kwiatki poznańskiej gwary… i mieliśmy przy tym nie lada uciechę.
Ty leniu śmierdzący, czyli o ludziach słów kilka – oczywiście po poznańsku
Jest kilkanaście określeń, które definiują ludzkie zachowanie w naszej gwarze – zazwyczaj (a w zasadzie w 99%) mówią one o ludzkich wadach. I tak na przykład gielejzą bądź gułą określamy kogoś niezdarnego. Szuszwol to z kolei brudas. Glajda to natomiast niechlujna kobieta. Mamy także ćwoki (oferma), rojbrów (rozrabiaka), nygusów (leń), nyroli (skąpiec) czy ochlapusów (pijak). Lubimy także brynczeć (marudzić), chichrać się (śmiać się) czy ględzić (marudzić). Kiedy ktoś jest chory to nie kaszle, a churchla – kiedy nie możesz spać i snujesz się po kuchni czy po całym domu to kusisz. Dziewczyny się pinrdaczą lub rychtują, panowie na nie szpycują a dzieci się lelają. –Wyglądasz jak jaźwiec! – możesz usłyszeć, kiedy masz włosy w nieładzie…
Na obiad: „Rzadkie z gęstym” czyli do kuchni marsz!
Poznańskie pyry są autentycznie znane w całym kraju. Gorzej z gzikiem (twarogiem ze śmietaną, szczypiorem, ewentualnie cebulą), korbolami (dynia) czy betkami (grzyby). W stolicy wielkopolski amerykany to biszkoptowe ciastka, bonbony i fefermyncki to kolejno cukierki i cukierki miętowe. Jabol (tego akurat tłumaczyć nie trzeba), ajsbana to golonka, leberka wątrobianka, a słaba kawa to po prostu lura. Dalej mamy już plyndze (placki z ziemniaków), szneki (drożdżówka) pyzy czy chabas (mięso). Zakupy pakujecie w foliową torebkę? Oczywiście, że nie – załatwiamy sprawunki i pakujemy je w tytki. A potem taśtamy je do domu.
Nasze opowieści (bez tłumaczenia)
Prawdziwe bambry jeżdżą tylko bimbami a w dalsze trasy baną. Na ostatniego dnia każdego miesiąca na nasze konto wpływają bejmy, dzięki którym jesteśmy na fleku i wszystko jest wtedy akuratnie. No i się zaczyna można: kupić sobie ćmiki, na dyskotekach podylać, a tam czasem można dostać w kalafę. Jak się porządnie oberwie w kluka to nie trudno zalać się juchą. Wtedy zakładamy na grzbiet katanę i idziemy na szagę do domu. Tylko trzeba uważać, by po drodze się nie wykopyrtnąć. W nocy kusimy po chałupie. Poranek po imprezie w Poznaniu:
–Ale poruta… – myślę, przemywając ślipia rano. Papcie rozrzucone, gdzieś je ćpnąłem, może koło wyra. Matka zmywa statki i patrzy spode łba. Wychodzą wczorajsze jabole. No nic – trzeba ten stan rzeczy przepękać. Marcin to ćwok prawdziwy – szkieł go złapał jak tłukł się nałojony z jakimś menelem. I uglajdrany trafił na wytrzeźwiałke. I po baletach – wszystko spartolił. Może by coś spucnąć? Mam smaka na sznytkę ze smalcem i skrzyczkami.
Widząc tłum mówimy: –Ale wuchta wiary! Gwiazdory przynoszą klemy albo gonita dla gzuba. Piwo kupuje się u nas na kasty. Auta polerujemy na glanc. A babcie stale kwynkają i kwynkają – a to na ślipia patrzeć nie mogą, a to na gire łazić… A jak cugu dostaną trochę, to fefrają się, bo churchlać bydą…
Filip Muszyński









